Możesz pomóc

Możesz pomóc Sławkowi!
Przekaż 1% podatku z rozliczenia rocznego!
KRS 0000097900
z dopiskiem: "Dla Sławka Mandzewskiego"

konto prowadzi MATIO - Fundacja Pomocy Rodzinom i Chorym na Mukowiscydozę
Chcesz wiedzieć więcej - kliknij w "Pomoc"

 

 

 

 

Początek jesieni? PDF Drukuj Email
piątek, 05 października 2012 19:53

Są takie momenty, że prawie zapominam o chorobie Sławka, pomimo inhalacji, rehabilitacji i garści tabletek. Ale zdarzają się też takie, że prawda o brutalności tej choroby i jej poważnych konsekwencjach wraca wprost w twarz.

Taki moment przydarzył się nam w ubiegłym tygodniu. Aleksander złapał katar. Niby nic, ale aby się nie pogorszyło – nie posłaliśmy go do przedszkola. Nie poszliśmy też jednak do lekarza. Bo z czym? Z katarem? Pilnowaliśmy go w domu i staraliśmy się go izolować od Sławka. Niestety Sławek dwa dni później też obudził się zakatarzony. Ponieważ katarek był nieładny, nawet jak na kryteria katarkowe. Zdecydowaliśmy się pójść z obydwojgiem do lekarza. Niech obejrzy… Ale mnie w swoje szpony złapał lęk… Rok temu, we wrześniu Sławek dostał zapalenia oskrzeli. Miał trudności z oddychaniem, a ja po panicznej jeździe od jednego punktu dyżurnego do drugiego dostałam skierowanie do szpitala. Tamta choroba zaczęła prawie półroczny maraton zapaleń oskrzeli… Czy znowu? Czy tym razem tak się zaczyna? Czy znowu czeka nas szpital?

Świrowałam, nie? Też tak uważałam, ale ta świadomość na strach wcale nie pomogła. Na szczęście tego dnia zaczynałam pracę później, więc zanim wyjechałam byłam już spokojniejsza. Pani doktor zaleciła maść z antybiotykiem do noska Aleksa, a Sławka osłuchała, stwierdziła że w płuckach cichutko i czyściutko i tylko gdyby się katar pogorszył to… zostaliśmy wyposażeni w zalecenia na wszelki wypadek.

Gdy wróciłam z pracy Sławek oddychał ciężko, świszczał, rzęził, każdy wdech trwał wieki, a po szybkim wydechu następował kolejny: długi, brany z takim wysiłkiem, że aż zapadała się skóra w przestrzenie między żebrami i pod obojczyk… A przecież kilka godzin wcześniej osłuchiwała do doświadczona lekarka i nie usłyszała nic… było dobrze.

Sławek jest już w dobrym stanie. Po infekcji został mu tylko katar. To i tak niewiele zważywszy, że od tego czasu pochorowała się cała nasza rodzina. Aleks doszedł do siebie, na kilka dni poszedł do przedszkola i ponownie wylądował w domu. Ja po leczeniu „w biegu”, czyli bez L-4 – antybiotyk brany w przerwie w pracy (w końcu za coś trzeba żyć, a na L-4 traci się 1/5 wypłaty) załatwiłam się jak chyba jeszcze nigdy i zostałam w domu z końską dawką antybiotyku. Darek też chory, choć trochę słabiej… Powinniśmy mieć na drzwiach kartkę: „Strefa skażona”, lub przynajmniej „kwarantanna”… ;-)

I w takich warunkach Sławek zdrowieje. Dla nas to wielki sukces! A ja zastanawiam się, czy już każdy jego katar będę witała takim lękiem…? Przewidywaniem jak się skończy i do czego może doprowadzić? Obawą, czy znów skończy się szpitalem? Czy gorzej? Zastanawianiem się, czy moje reakcje są normalne, czy świruję?

Na razie jak zbawienia wypatruję wiosny… Żeby tylko przetrwać zimę, najgorszy czas… Zmiennych temperatur, chłodu w łazience, ogrzewania kaloryferami, wietrzenia z zegarkiem w ręce, ludzi zakatarzonych i kaszlących… No wiecie, o chodzi… Gdzie ta wiosna!?

PS. Doszłam do wniosku, że jednak świruję. Ale też, że u mam mukolinków to normalne… ;-)

 

To Sławek

Wspierają nas:

Reklama
Reklama
Reklama