Możesz pomóc

Możesz pomóc Sławkowi!
Przekaż 1% podatku z rozliczenia rocznego!
KRS 0000097900
z dopiskiem: "Dla Sławka Mandzewskiego"

konto prowadzi MATIO - Fundacja Pomocy Rodzinom i Chorym na Mukowiscydozę
Chcesz wiedzieć więcej - kliknij w "Pomoc"

 

 

 

 

Od cyferek do służby zdrowia PDF Drukuj Email
wtorek, 21 maja 2013 22:00

Po dłuższej przerwie wracamy do informowania o tym, co u Sławka.  Zwłaszcza, że jesteśmy po wizycie na kontroli w Rabce, a tydzień wcześniej Sławek miał inną „przygodę” ze służbą zdrowia. A przygoda nie była miła.

W piątek – 10 maja – po śniadaniu Sławek czytał cyferki z książki. Niestety tak się wiercił, że zsunął się z wersalki i upadając przygryzł sobie język. Krwi było mnóstwo, zwłaszcza że przy okazji uszkodził sobie też górną wargę od wewnątrz. Gdy krew przestała płynąć tak gwałtownie i mogliśmy obejrzeć „szkody” – tata szybko zabrał Sławka do poradni. Języczek był przegryziony bardzo głęboko, przy prawej krawędzi i na wylot – z góry do dołu. Oczywiście pediatra wysłał nas do szpitala. Ze szpitala wysłali nas na oddział ratunkowy, a z oddziału spowrotem do izby przyjęć szpitala. Gdy doczekaliśmy w wielkim tłumie na lekarza, ten odesłał nas na szycie na oddział laryngologiczny. Tam kolejno mieliśmy: czekanie – badanie przez 2 lekarzy – czekanie – przydział łóżka (niestety w pełnej sali, na szczęście same „wypadki”, bez chorych) – czekanie – badania (w tym pobieranie krwi) – czekanie – wreszcie zabieg. Było ok 14, czyli 6,5 godziny po wypadku. Po zabiegu okazało się, że Sławek musiał mieć założonych 5 szwów. Nitki początkowo bardzo go denerwowały. Miał odruch wymiotny, próbował ściągać nitki z języka, wyciągać je z buzi. Mówił, że ma na języczku włos albo że ma potwora i wystawiał języczek, żeby ktoś mu go zdjął… Bardzo szybko postanowił, że musimy koniecznie wyjść ze szpitala. Wstawał, łapał nas za ręce – mamę z jednej, a tatę z drugiej strony i uparcie powtarzał – „chodź”, ciągnąc nas do drzwi. Zanim wypuścili nas o 19, denerwowały go już nie tylko nitki, ale wenflon z kroplówką, bransoletka identyfikacyjna, brak bucików i oczywiście głód. Śniadanie zjadł po 7 rano, a dopiero przed 17 mógł napić się wody, godzinę później dostał lekki niemowlęcy deserek ze słoiczka.

Udało nam się utrzymać wszystkie szwy tego 1-szego, najtrudniejszego dnia. Drugiego dnia jeden szew puścił przy jedzeniu. Pozostałe nadal są na miejscu, a minęło już ponad 1,5 tygodnia. Oczywiście pojawił się dodatkowy problem. Sławek powinien mieć kontrolę w ciągu 14 dni od zabiegu. Niestety w naszym mieście nie ma laryngologa, który przyjmowałby takie małe dzieci. Do szpitala z oczywistych względów wracać nie chcemy – warunki tam są bardzo trudne – w wąskim korytarzy tłoczą się pacjenci do różnych lekarzy, z różnymi chorobami, dochodzą chore dzieci z oddziałów szpitalnych... Udało nam się zapisać do lekarza prywatnie, ale to nie dość, że kosztuje, to jeszcze również nie udało się nam zmieścić w tych zaleconych 14 dniach. Liczymy, że lekarz zdejmie pozostałe szwy, na szczęście Sławek nie zwraca już na nie uwagi.

 

To Sławek

Wspierają nas:

Reklama
Reklama
Reklama